Podróżowanie zawsze było moim wielkim marzeniem. Pamiętam, jak to się zaczęło, gdy miałam około dziewięciu lat. Postanowiłam wtedy, że po liceum wyruszę w podróż dookoła świata. Z czasem ten pomysł przekształcił się w plan wyjazdu do jednego kraju na cały rok. Nie wiedziałam jeszcze, czy miałby to być wyjazd na studia, wolontariat, czy po prostu podróż.
W zeszłym roku, gdy zbliżał się termin mojej matury, musiałam zdecydować, co robić dalej. Wiedziałam już, jakie studia chcę podjąć, ale wiedziałam też, że chcę wcześniej wyjechać na rok przerwy za granicę. Zaczęłam więc szukać różnych opcji i wtedy właśnie usłyszałam o projektach ESC.
Rok później, w lutym 2026 roku, po zakończeniu szkoły, pojechałam na trzy miesiące do Berlina, gdzie pracowałam w muzeum. W tym samym czasie przygotowywałam się do wyjazdu na projekt wolontariacki do Rzeszowa, który miał się zacząć zaledwie kilka dni później.
Nadszedł dzień mojego przyjazdu do Rzeszowa. Dotarłam tam słonecznego poranka, 12 lutego 2026 roku, i to właśnie na dworcu zaczęła się moja polska przygoda.
Kiedy pierwszy raz tam przyjechałam, byłam trochę przestraszona. Podróżowałam już wcześniej po Europie, ale tym razem było inaczej. Przyjeżdżałam sama, do miasta, w którym nie znałam nikogo. Byłam kompletnie zagubiona na dworcu i nie wiedziałam nawet, jak znaleźć biuro. Na szczęście dwie francuskie wolontariuszki pokazały mi drogę do mojego mieszkania. To było miłe, że pierwsze osoby, które spotkałam, mówiły w moim języku, poczułam się dzięki temu trochę mniej zagubiona. Potem, już w mieszkaniu, poznałam Emmę, jedną z moich dwóch współlokatorek, miłośniczkę mody i studentkę komunikacji z Włoch. Porozmawiałyśmy chwilę, ale musiała już iść kupić meble. Zostałam więc sama w mieszkaniu, które miało być moim domem przez kolejne pięć miesięcy. Za to po południu inni wolontariusze, którzy okazali się naszymi sąsiadami, zaprosili mnie do siebie, żeby razem pograć. Rozmawialiśmy godzinami i w końcu poczułam się spokojniejsza, widząc, że ludzie wokół są mili i otwarci. Wieczorem poznałam Eve, moją drugą współlokatorkę, z Francji. To było pocieszające mieć współlokatorkę, z którą mogłam mówić w moim języku.
Spędziłam z nimi miesiąc. W ich mieszkaniu mieszkało jeszcze kilka innych osób: dwie Francuzki, Włoszka, Niemka, Portugalczyk i Hiszpan. Spędziliśmy razem tyle wieczorów i popołudni grając w karty i chodząc do barów, że kiedy przyszedł czas pożegnania, wydawało się to nierealne. Miesiąc minął tak szybko, a oni musieli już wracać do domu.
Zaledwie tydzień po ich wyjeździe przyjechała nowa grupa, dużo liczniejsza, zostająca tylko na dwa tygodnie. Przyjechali z całej Europy: z Francji, Hiszpanii, Portugalii, Węgier, Cypru, Finlandii, Włoch, Niemiec i Gruzji. Nawiązałam w tej grupie naprawdę dobre przyjaźnie, a nawet trochę podróżowałam z niektórymi z nich w weekendy. Tym razem jednak, gdy ich projekt się skończył, nie było mi smutno. Byłam po prostu wdzięczna za wspaniałe chwile, które razem przeżyliśmy.
Czas mijał, przyjeżdżały kolejne grupy, a ja poznawałam coraz więcej osób. Zaczęłam czuć się naprawdę dobrze w tym niewielkim mieście. Miałam swoją małą rutynę, ale wciąż też podróżowałam, odkrywałam Rzeszów i okolice. W każdej nowej grupie zawierałam znajomości, dzieliłam się doświadczeniami i bardzo często uczyłam się nowych słów w innych językach. Powoli nadeszło lato, dni stawały się cieplejsze i dłuższe. Chodziłam nad jezioro, do kawiarni, oglądałam nawet wschody słońca.
Teraz, gdy ta przygoda powoli dobiega końca, coraz częściej myślę o wszystkich ludziach, których spotkałam. O naszych sąsiadach, o osobach z kursu szkoleniowego w Warszawie, o grupach wolontariuszy, które tu przyjeżdżały, i o wszystkich innych, których spotkałam po drodze. Nie jestem już nawet w stanie policzyć, ile osób poznałam ani ile się od nich nauczyłam.
Jestem ogromnie wdzięczna za wszystko, czego tu doświadczyłam, i będę pamiętać ten rok już zawsze.
Lisa, wolontariuszka w INPRO od 12 lutego do 15 lipca.