Gdy mówisz ludziom, że wyjeżdżasz jako wolontariusz, padają te same pytania. Dokąd jedziesz? Co tam będziesz robić? Nikt nie pyta o to, co ostatecznie okazuje się najważniejsze: kim będziesz, gdy wrócisz?
EKS to nie tylko przeprowadzka do nowego kraju. Sięga głębiej.
Przyjechałem do Rzeszowa, nie znając nikogo. Nie mówiłem po polsku, nie znałem miasta, nie miałem żadnego punktu odniesienia. Myślałem za to, że znam siebie. Cichy, trochę nieśmiały, ostrożny w kontaktach z nowymi ludźmi. Nie szukałem przygód. Szukałem czegoś, co ma sens.
To nie przyszło od razu. Przychodziło kawałek po kawałku – między warsztatem a kolacją, rozmową a chwilą ciszy, jednym małym aktem odwagi i kolejnym. Stopniowo zacząłem zabierać głos. Słuchać uważniej. Poruszać się przez sytuacje, które kiedyś mnie paraliżowały – publiczne wystąpienia, prowadzenie zajęć, mówienie "tak" zanim poczułem się gotowy – jakby były czymś normalnym. Bo w końcu takie się stały.
Gdzieś w Polsce, na początku stycznia, między lekcją a spokojną herbatą, coś się we mnie ułożyło. Dom, zrozumiałem, to nie konkretne miejsce. To ludzie, z którymi śmiejesz się do późna w nocy. To języki nakładające się na siebie przy stole. To współpraca, która zaczyna się od zwykłego "hej" i zamienia w coś, z czego jesteś dumny.
Żadne z tego nie trafia do raportów projektowych ani na zdjęcia.
Ten rok dał mi spokój. Ten konkretny rodzaj spokoju, który przychodzi, gdy patrzysz na siebie i myślisz: dam radę. Należę tu. Taki, jaki jestem, właśnie teraz. Nie wyjechałem, żeby od czegoś uciec. Wyjechałem, żeby coś znaleźć. I znalazłem – nie w miejscu, ale w sobie.
Wracam do domu z czymś więcej niż planami czy wspomnieniami. Wracam z cichą pewnością, że ten rok miał znaczenie, że był wart każdej chwili i że to dopiero początek.
Antonis