Jestem wolontariuszem Europejskiego Korpusu Solidarności… jak to jest?

2023-11-06

Moja relacja z Polską zaczęła się od arkusza kalkulacyjnego. W 2019 roku, na drugim roku historii na Uniwersytecie Kantabrii, siedziałem na spotkaniu informacyjnym o Erasmusie we Włoszech, Grecji, Francji i Skandynawii. Polska nie była romantycznym wyborem. Była tym przystępnym finansowo. Tak po prostu.

Wszystko było ustalone na wrzesień 2020 roku. Potem przyszedł COVID i świat stanął na głowie. Długo się wahałem, a potem postanowiłem jechać mimo wszystko. Zupełnie jak Will Smith w The Fresh Prince z Bel-Air – moje życie wywróciło się do góry nogami, tyle że moim Bel-Air był Wrocław, a świeże powietrze było jak najbardziej polskie.

Przybyłem 12 września 2020 roku do akademika Ołówek i przez kolejne dziesięć miesięcy zbierałem jedne z najlepszych wspomnień w życiu. Ludzie, historia, kultura – Wrocław zostawił ślad, którego się nie spodziewałem i nie potrafiłem się pozbyć. Po powrocie do Hiszpanii na obronę dyplomu napisałem pracę o pamięci historycznej i procesie demokratyzacji w Polsce. Dostałem najwyższą możliwą ocenę. Potem zacząłem studia magisterskie z historii współczesnej, wciąż z myślą o zostaniu nauczycielem historii. Ale zanim skończyłem pracę magisterską, zrobiłem przerwę i zacząłem szukać kolejnego międzynarodowego doświadczenia.

Polska przyszła mi do głowy natychmiast. Znałem kraj, wiedziałem jak się tam żyje. Problem był jeden: chciałem pracować, nie studiować. Wtedy Sandra, przyjaciółka z wrocławskich czasów erasmusowych, wspomniała o wolontariacie. Pracowała w INPRO, organizacji z Rzeszowa, a jej opisy tej pracy wystarczyły, żeby przekonać mnie do złożenia aplikacji. Przyznam szczerze – jej rekomendacja do koordynatorki trochę pomogła. Tak czy inaczej, dostałem się, i na początku sierpnia pakowałem się do Rzeszowa.

Podróż 3 sierpnia nie przebiegła spokojnie. Lot szedł trasą Madryt – Rzym – Rzeszów. Opóźnienie na pierwszym odcinku sprawiło, że spóźniłem się na połączenie. Stałem więc w Rzymie z całym bagażem i bez lotu do Polski. Kupiłem tego samego dnia zastępczy bilet z Rzymu do Krakowa. Potem ten lot odwołano. Linia lotnicza przez kilka godzin próbowała przełożyć go na następny ranek, podczas gdy coraz bardziej wyczerpani pasażerowie domagali się rozwiązania. W końcu zakwaterowali nas w hotelu. Dotarłem tam około drugiej w nocy. O szóstej rano byliśmy z powrotem na lotnisku. Samolot odleciał o ósmej. Wylądowałem w Krakowie, złapałem pociąg do Rzeszowa i dotarłem na dworzec zmęczony, mniej więcej półtorej doby za planem.

Na peronie czekali Kiko i Mariem. Pierwsze dwa dni spędziłem na odpoczynku i poznawaniu nowych współlokatorów – byłem ostatnim, który dołączył do grupy. Mój pierwszy dzień w INPRO wypadł w poniedziałek, 7 sierpnia, i praca zaczęła się od razu.

Rola polega głównie na tworzeniu i prowadzeniu warsztatów dla różnych grup, udziale w wydarzeniach takich jak Open Cafe, gdzie spotykają się mieszkańcy Rzeszowa i okolic, oraz tworzeniu treści na media społecznościowe. Zajęć nie brakuje, a nauka nie ustaje.

Od tamtego pierwszego poniedziałku były wzloty i upadki. Tak bywa z każdym rokiem, który naprawdę coś znaczy. Patrząc wstecz, nie żałuję powrotu do Polski. Jestem ciekaw, co będzie dalej.

Adrian