Polska od jakiegoś czasu figurowała na mojej liście marzeń. Niewiele wiedziałam o tym kraju, który leży tuż obok Niemiec – zaledwie kilka godzin pociągiem od mojego rodzinnego miasta. Inni opowiadali mi o pięknych miastach i pysznym jedzeniu. Czekałam więc na odpowiedni moment, który nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Znalazłam staż na kwiecień, a mój semestr miał się skończyć w grudniu – otworzyłam więc portal ESC, żeby poszukać krótkoterminowego projektu wolontariackiego na trzymiesięczną przerwę.
I znalazłam: „2 miesiące wolontariatu w Rzeszowie, Polska", projekt organizacji INPRO, od połowy stycznia do połowy marca. Brzmiało idealnie! Nigdy wcześniej nie słyszałam nazwy tego miasta – okazało się, że leży znacznie bliżej Ukrainy niż Niemiec, a szybkie poszukiwania w Internecie wskazywały, że zima nie jest zalecaną porą roku na odwiedziny w tym regionie. Postanowiłam jednak potraktować to jak przygodę, złożyłam aplikację i zostałam przyjęta.
Nowy dom i nowe wyzwanie
Kiedy nadeszła połowa stycznia, spakowałam największą walizkę mniej lub bardziej przydatnymi rzeczami i wsiadłam do pociągu – a właściwie do trzech, a potem jeszcze jednego, po nocnym postoju i kilku godzinach spędzonych w Krakowie. Za każdym razem, gdy słyszałam w pociągu język polski, ogarniało mnie ogromne podniecenie – choć pierwsza „polska" osoba, z którą rozmawiałam w przedziale, okazała się Włoszką. Po ostatnim wysiłku, jakim było wleczenie walizki przez ulice pokryte śniegiem i lodem, dotarłam wreszcie do nowego domu: ciepłego mieszkania, gdzie czworo z pięciorga przyszłych współlokatorów czekało już na mnie z herbatą malinową.
Nasza grupa okazała się świetnie dobraną ekipą – na szczęście, bo nie tylko razem mieszkamy, gotujemy i spędzamy czas wolny, ale jesteśmy też współpracownikami. Po tygodniu wprowadzającym w biurze, podczas którego osoby odpowiedzialne za projekt z INPRO wyjaśniły nam wszystko o przyszłych zadaniach, byliśmy gotowi na główną część projektu: wizyty w szkołach. Celem było przedstawienie naszych krajów polskim uczniom w wieku od 11 do 19 lat, nawiązanie z nimi kontaktu, zachęcenie do mówienia po angielsku oraz rozbudzenie ciekawości innymi kulturami. To mniej więcej tyle, co wiedzieliśmy, idąc na pierwszą wizytę – w moim przypadku była to szkoła podstawowa, którą odwiedziłam z jeszcze jednym wolontariuszem.
Ta pierwsza wizyta przypominała bardzo realistyczny crash test i poszła całkiem dobrze. Uczniowie byli przyjaźni, choć trochę nieśmiali – udało nam się jednak ich rozruszać. Zaskoczyła mnie niewielka liczebność klas, choć później okazało się, że to zależy od szkoły – najmniejsza klasa, z jaką miałam do czynienia, liczyła 5 uczniów, największa – 31. Na szczęście nauczyciele są zawsze bardzo pomocni, zwłaszcza gdy klasy są zbyt hałaśliwe.
Pytania i odpowiedzi
Nasze prezentacje stawały się lepsze z każdą kolejną wizytą. Teraz, po ukończeniu połowy projektu, znamy je niemal na pamięć – wiemy, które fragmenty mogą być trudne do zrozumienia, a które są już dla większości uczniów dobrze znane. Szczególnie cenię sobie to, że nie jestem tylko „nauczycielem" – sama też wiele się uczę, zarówno o Polsce, jak i czasem o własnym kraju. Na przykład polskie rodziny wypiekają świąteczne ciasteczka, zupełnie jak moja rodzina – głównie pierniki. Na Dzień Świętego Marcina nie chodzi się z lampionami, lecz je specjalne ciasto. Innym bardzo ciekawym odkryciem jest słowo „Servus", które dodałam do slajdu o moim regionie (Frankonii) jako charakterystyczne dla tamtejszej mowy – teraz wiem, że używa się go nie tylko jako pozdrowienia na południu Niemiec, ale także w Polsce i innych krajach Europy Środkowej.
Czasem jestem pod wrażeniem poziomu wiedzy uczniów – na przykład ten, który potrafił podać dokładny rok wynalezienia druku i nazwisko wynalazcy, albo ten, który wiedział, ile litrów piwa Niemcy wypijają rocznie. Przy okazji – najczęstsze pytanie zadawane na koniec prezentacji dotyczy mojego ulubionego polskiego jedzenia. Odpowiedź brzmi: pierogi, oczywiście, ale też żurek, placki ziemniaczane, smażona kapusta, barszcz i…
Aurelia