Kiedy ludzie myślą o wolontariacie za granicą, zazwyczaj wyobrażają sobie najpierw te dobre strony. I jest ich naprawdę wiele. Ale nikt tak naprawdę nie ostrzega przed trudnymi momentami, tymi, które zaskakują, które trzeba po cichu przepracować samemu. O tym właśnie jest ten tekst: o uczciwej stronie wolontariatu za granicą i o tym, jak ja sobie z nią poradziłam.
Przede wszystkim: jeśli nigdy wcześniej nie byłaś sama z dala od domu, sam wybór, żeby pojechać na wolontariat do innego kraju, już coś o tobie mówi. Jesteś silniejsza niż myślisz, nawet jeśli jeszcze tak tego nie czujesz.
Dla mnie trudności zaczęły się wcześniej niż się spodziewałam. Nie po przyjeździe, ale w chwili gdy pożegnałam rodzinę i wsiadłam sama do autobusu. Wtedy wszystko stało się realne. Co zrobiłam? Włożyłam słuchawki, pozwoliłam sobie poczuć to, co czułam, i zanim muzyka się skończyła, byłam gotowa. Czasem to wszystko, czego potrzeba.
Moment przyjazdu na miejsce to zupełnie inna historia. Pojawia się nagły przypływ myśli: "Naprawdę tu jestem. Naprawdę to robię." I to uczucie, ta cicha duma z siebie, niesie cię dalej niż się spodziewasz.
Jedną z rzeczy, których najbardziej się bałam przed wyjazdem, było to, że nie znałam ludzi, z którymi miałam mieszkać przez dwa miesiące. A jeśli się nie dogadamy? To całkowicie normalna obawa. Miałam szczęście: kliknęliśmy niemal od razu. Ale chcę być tu szczera, bo nie zawsze tak jest. Jeśli masz trudności ze współlokatorem, pierwszym krokiem jest zawsze rozmowa. Komunikacja rozwiązuje więcej niż myślisz, a koordynator jest dla ciebie w momentach, gdy nie rozwiązuje.
Inną rzeczą, z którą nie poradziłam sobie najlepiej, były pieniądze. Projekt pokrywa podstawowe potrzeby, ale odpowiedzialne zarządzanie tym, co się dostaje, wymaga więcej namysłu niż mu poświęciłam. Pod koniec byłam na minusie przez nieporozumienie, którego mogłam uniknąć, po prostu pytając. Więc pytaj. Przed podjęciem jakichkolwiek decyzji, co do których nie jesteś pewna, porozmawiaj z koordynatorem. Brzmi to oczywiście, ale kiedy jesteś podekscytowana i w nowym miejscu, łatwo pominąć ten krok. Nie pomijaj.
Potem przychodzi tęsknota. Pojawia się falami i dotyka każdego inaczej. Dla mnie najtrudniejszą częścią nie było tęsknienie za rodziną czy przyjaciółmi. Tęskniłam za swoim psem. Ale oto co: po kilku tygodniach mieszkania, gotowania, śmiania się i wpadania w różne kłopoty razem z innymi wolontariuszami, coś się zmienia. Stają się twoją rodziną. Drugą. Taką, której nie planowałaś, ale której nie oddałabyś za nic. Robiliśmy wszystko razem, w tym, przy jednej pamiętnej okazji, zostaliśmy wyrzuceni z zamku. Ale to historia na inny raz.
Jedna trudna rzecz wciąż przede mną: pożegnanie. I już wiem, że będzie najtrudniejsze ze wszystkich. Ale wiem też, że znajdziemy sposób, żeby się znowu zobaczyć. To jest właśnie w tych ludziach, których spotykasz przez takie doświadczenia: nie znikają, gdy projekt się kończy.
Dasz radę. Cokolwiek okaże się trudne w twoim przypadku, przez to przejdziesz. Obiecuję.