Rok wolontariatu: jak Polska stała się domem na dwanaście miesięcy

2024-07-23

Rok temu stałem na lotnisku w Lizbonie – zdenerwowany, zasypany pytaniami, żegnający rodzinę przed skokiem w nieznane. To nieznane okazało się Rzeszowem – miastem w południowo-wschodniej Polsce, o którym wiedziałem prawie nic, a które stało się miejscem mojego rocznego wolontariatu w ramach Europejskiego Korpusu Solidarności.

Gdy wylądowałem i zobaczyłem niemal pusty parking, poczułem, że nowy rozdział naprawdę się zaczął. Krótka jazda autobusem później wysiadłem w pobliżu Galerii Rzeszów i poznałem Gaię – fotografkę o hiszpańsko-meksykańskich korzeniach, która powitała mnie pierwszym ciepłym uśmiechem tego roku. Zabrała mnie do mieszkania, które przez kolejne dwanaście miesięcy miało być moim domem.

Byłem drugim wolontariuszem długoterminowym, który dotarł na miejsce. Tego samego wieczoru dołączyła do nas Mariami z Gruzji – kraju, o którym wtedy wiedziałem niewiele. Nocne rozmowy, wspólne gotowanie i wymiana historii zbliżyły nas szybciej niż jakiekolwiek oficjalne integracje. Następnego dnia przyjechały Erij i Mariem z Tunezji i mieszkanie zaczęło nabierać charakteru miejsca, w którym się naprawdę żyje, a nie tylko nocuje.

Może zastanawiasz się, dlaczego wspomniałem o sześciu wolontariuszach, a wymieniłem tylko pięcioro. Ostatni z nas, Adrian, miał przyjechać trzy tygodnie później – i tak się stało: wszedł do mieszkania z walizką i spokojem, który od razu uzupełnił naszą grupę. Kilka dni później siedzieliśmy już w pociągu do Krakowa, wymyślaliśmy pierwsze wspólne żarty i odkrywaliśmy istnienie pierogów z Oreo. Spróbowałem. Nie polecam.

Nasze dni w INPRO kręciły się wokół warsztatów, wizyt w szkołach, wydarzeń dla społeczności lokalnej, grup VET, seminariów i szkoleń. Coś zawsze się działo. Każda aktywność dawała poczucie, że robimy coś prawdziwego. Przez cały rok dołączali do nas wolontariusze krótkoterminowi, wnosząc świeżą energię i nowe opowieści.

INPRO zachęcało nas do uczęszczania na lekcje języka polskiego. Polski nadal do mnie łatwy nie należy – ale nauczył mnie cierpliwości i wartości próbowania, nawet gdy brzmi się śmiesznie. Część moich ulubionych wspomnień to właśnie te chwile, gdy plątałem się w zdaniu, a w odpowiedzi zamiast irytacji dostawałem uśmiech i życzliwość. Przy okazji poznałem też innych Portugalczyków – i po tygodniach bez ojczystego języka samo brzmienie swojej mowy to ulga, której nie da się łatwo opisać.

Pod koniec roku wznowiliśmy cykl "Monday Stories" – wieczory, podczas których uczestnicy opowiadali o swoich krajach: o pięknie, trudnościach, szczegółach nieobecnych w żadnym przewodniku. Organizacja każdego spotkania była ćwiczeniem z logistyki, komunikacji i improwizacji. Ostatecznie przekazaliśmy cykl kolejnej grupie wolontariuszy, pewni, że poprowadzą go po swojemu.

"Open Cafe" stało się drugim stałym punktem tygodnia. Każdą środę Urban Lab wypełniał się mieszaniną języków i ludzi. Zawiązywały się znajomości, które trwały dłużej niż jedno spotkanie, i właśnie tam zrozumiałem, jak otwarta jest rzeszowska społeczność.

Były też mniejsze chwile – grill u jednej z nauczycielek, spotkania z byłymi wolontariuszami, którzy postanowili zostać w mieście trochę dłużej. Wspólnota, jak się przekonałem, nie istnieje w dokumentach projektowych. Powstaje przy wspólnych posiłkach, nieudanych żartach i ludziach, którzy po prostu wracają.

Takiego roku nie da się streścić w konspekcie lekcji. Uczy się go inaczej – żyjąc wśród ludzi, przekraczając własne granice, spotykając kultury znane dotąd tylko z ekranu. Rok minął szybko, ale zostawił coś trwałego: przyjaźnie, doświadczenia i historię, którą zabieram ze sobą do domu.

I jedno przekonanie, silniejsze niż na początku – że otwartość na innych, jak mówi INPRO, to jedyna droga do budowania czegoś mądrzejszego razem.